Czcić Ojca Swego i Matkę swoją

To mój pierwszy film, który nie powstałby, gdybym nie spotkała na swojej drodze najważniejszego i najlepszego nauczyciela w moim życiu Krzyśka Rzączyńskiego, dzięki niemu odkryłam siebie, poznałam moją pasję i mój los zmienił się nieodwracalnie. "Czcić Ojca Swego i Matkę Swoją" to film dokumentalny opowiadający historię mojej rodziny. Zrobiłam go by zrozumieć świat, w którym się wychowałam, by zatrzymać czas, by zapytać najbliższych o rzeczy, o których zwykle nie rozmawiamy.
"Czcić Ojca Swego i Matkę Swoją" można zobaczyć tu: https://vimeo.com/162695212

 

Dziadek Jan

Kościuszki 61/3. To „trzy“ zawsze miało znaczenie. Mama mówiła, że ta cyfra jest ważna, bo się w jej życiu powtarza. Dziadek miał troje dzieci – wójka Andrzeja, moją mamę Irenkę i ciocię Elę. Ale podobno najbardziej lubił moją mamę. Kościuszki 61 mieszkania 3 to na parterze w zielonym, starym bloku. Do dziadka prowadził długi korytarz. Jego pokój był oddalony od innych, blisko ubikacji, łazienki i na przeciwko kuchni. To jedyny pokój, za oknami którego słychać było ulicę. 

Dziadek pracował jako kierowca, babcia opowiadała, że kiedy wracał do domu po tygodniu trasy, zawsze najpierw wchodził do pokoju i całował moje małe nóżki. Babcia krzyczała, że nie umył nawet rąk. Bardzo szybko okazało się, że dziadek nie może dalej pracować, bo ma chore nogi. Zostawał w domu ze mną i moją młodszą siostrą i zmieniał nam na przemian pieluchy. 

U dziadka w pokoju zawsze była chmura dymu. Tapety poszarzałe, firanki przesiąknięte zapachem „sportów“. Dziadek dużo leżał w łóżku, a jak nie leżał to bawił się – tak mówiła babcia. Zamykał się na całe dnie i zasypywał dywan okruchami drewna. Rzeźbił Maryje i krzyże, oprócz tego dziwne, niezidentyfikowane rzeczy, przypominające upiory. Babcia zawsze musiała potem sprzątać. 

Do drzwi pukało sporo ludzi. Przechodzili korytarzem i kierowali się prosto do dziadka, po drodze mówili do babci „uszanowanie Pani Walentynowiczowej, całujemy rączki Pani Walentynowiczowej“. Babcia nie umiała odmówić, a oni siedzieli do białego rana. Chmura dymu powiększała się, a zza drzwi słychać było śpiewy „a ja ja ja jaj“, czasami coś po rosyjsku. Dziadek wyjmował skrzypce i mandolinę, i grał. Kiedy robiło mu się smutno zawodził jedną i tę samą, starą rosyjską pieśń. Babcia zabierała mu skrzypce i kazała się uciszyć. 

Dziadek nigdy nie wchodził do dwóch pokoi babci, chyba, że przyszli goście. Chodził tylko do kuchni i z powrotem do siebie. Jego specjalnością były ziemniaki. Siadał na krześle obok okna i obierał wielki gar. Na parapecie w kuchni leżały zaschnięte skórki od chleba. Babcia obierała każdą kromkę. Dziadek jadł tylko środek, miał słabe zęby. 

Któregoś razu dziadek wyszedł z domu. Ja i moja siostra wiedziałyśmy, że nie będzie go trochę, bo poszedł na znaleziska wokół śmietników. Nikogo nie było, więc szperałyśmy w szafach i szufladach, szukałyśmy skarbu, o który zawsze posądzał dziadek babcię. Kiedy dziadek wrócił i zobaczył bałagan, ze złości wyrzucił nas i zamknął przed nami drzwi swojego pokoju. Uknułyśmy z siostrą, że zrobimy mu na złość. Otworzyłyśmy drzwi i stojąc w progu, ja pokazałam mu język, a moja siostra pupę. To był jedyny raz kiedy dostałyśmy od dziadka, zbił nas kablem. Powiedziałam mu ze złością, że szybciej się urodził i szybciej umrze. Babcia mówi, że było mu bardzo przykro.  

Dziadek polubił nas jeszcze bardziej, kiedy poszłyśmy do szkoły muzycznej. Godzinami kazał nam grać w swoim pokoju na skrzypcach, robiłyśmy dla niego koncerty, a on przyłączał się do nas z mandoliną i uczył swoich rosyjskich pieśni.

Pewnego dnia dziadek wyszedł z domu i przez wiele godzin nie wracał. Babcia poszła go szukać. Stał około 500 metrów od domu i nie mógł się ruszyć. Płakał. Bolały go nogi. Później coraz częśiej leżał w łóżku. Chodził tylko do kuchni i łazienki. Kłócił się z babcią jej siostry nie miały prawa jej odwiedzać. Mówił, że ci z Nikielkowa są przeklęci. Babcia płakała. Później krzyczał, że babcia chce go zniszczyć, że go chce otruć. Wypchnął ją za drzwi i kazał się wynosić. Wybiegłyśmy za babcią. Przerażone płakałyśmy i krzyczałyśmy „chodź babciu pojedziemy do mamy do Iławy. Boimy się. Dziadek jest niedobry“. Babcia zawsze wracała, chociaż wstydziła się przed sąsiadami tych awantur. Mówiła,że na starość zmienił się, że kiedyś nosił ją na rękach, że był pięknym kawalerem, który całował jej rączki.
Później tylko raz przyjechał do naszego nowego domu do Iławy, wtedy, kiedy w dużym pokoju stała trumna. Wszedł i padł przed nią z rykiem. Uwielbiał mojego tatę.

Krótko po tym wydarzeniu, pewnego dnia wakacji mama zdenerwowana wpakowała nas do samochodu i powiedziała, że jedziemy do dziadka. Po drodze powiedziała, że dziadek umiera, bo za dużo palił i ma raka płuc. Po drodze kupiła nam lody owocowe, miały gorzki smak. 
Nie pozwolono nam wejść do szpitala. Stałyśmy z moimi siostrami na dole, pod budynkiem. Było gorąco. Mama, wychyliła się z jednego z okien, a za nią stał dziadek, taki chudy, szary, ale uśmiechnął się. Krzyknęłam do niego „Cześć dziadziuś, wiesz jest ciepło. I nawet Gosia się trochę opaliła“. A on jakby zaczął płakać. A ja zadusiłam się słowami. Od razu przypomniałam sobie, że przecież mówił nam zawsze, że nie można się opalać, bo można dostać raka. Nadal próbowałam się uśmiechać, ale już mi to dobrze nie wychodziło. Dziadek odszedł od okna.

Później babcia sprzątnęła po nim pokój. Jego skarby stały się jej skarbami, są już w całym domu. Moja siostra dostała skrzypce, a ja zeszyty z wierszami. 

Still present

“I went to the woods because I wished to live deliberately, to front only the essential facts of life, and see if I could not learn what it had to teach, and not, when I came to die, discover that I had not lived. I did not wish to live what was not life, living is so dear; nor did I wish to practise resignation, unless it was quite necessary. I wanted to live deep and suck out all the marrow of life, to live so sturdily and Spartan-like as to put to rout all that was not life, to cut a broad swath and shave close, to drive life into a corner, and reduce it to its lowest terms.”


Henry David Thoreau, Walden: Or, Life in the Woods

Bez twarzy

Siedzę tam ze zwieszoną głową jak dziecko karcone za uczucia
Nie ma nic do powiedzenia bo dorośli wiedzą lepiej
Mają prawo powiedzieć, jesteś zła, nie wolno, nie ruszaj, siedź cicho
Posłusznie siedzi cicho zaciśnięta
Nie mam twarzy a jestem już duża i ciężka, myślę
Bezmyśl to tylko ciepła reakcja ciała
Skóra to bezosobowa materia, myślę
Nie patrz tak na mnie i nie dotykaj jej.
Ale w ciszy wyrażam nic
Bez twarzy siedzi i znikam przy milczącym stole surowych spojrzeń
Zniknąć i całkiem zniknąć
Nie mogę ruszyć nogą, bo nie mam już nóg
Ubrania wiszą nieadekwatnie wystawione na pokaz
Różowe paznokcie lśnią głupotą
Nie mam prawa, nie mam prawa, powtarzam, powtarzam
Nie pamiętam gdzie podział się oddech
Dziewczyna ma wyglądać pięknie jak na fotografii
myślę
Żona ma być posłuszna i rodzić
myślę
Ktoś przytula, skóra oddycha, istnienia nie ma
Patrzę w lustro, czas
Czy to ja,